
1. Ułożyć wieżę z foremek, ale tylko z metalowych i kolorowych.
2. Rozebrać wieżę i zabrać foremki.
3. Tłuć goździki w moździerzu przez 5 minut.
4. Rozwałkować ciasto na grubość 0.5 milimetra, często i obficie podsypując mąką (niekoniecznie ciasto, może być własna ręka, stół, cokolwiek, byle dużo).
5. Wybrać foremki, niekolorowe metalowe, i odcisnąć je na cieście rozwałkowanym przez mamę, ale nie na własnym (równocześnie broniąc dostępu do kolorowych foremek i własnego rozwałkowanego ciasta).
6. Poczekać aż mama upiecze pierniczki i przełoży do puszki, i wtedy uciec z puszką.
7. Zjeść wszystkie upieczone pierniczki od razu, a przynajmniej wszystkie ponagryzać.
Gotowe:-)


8 komentarze:
Taki Mały pomysłowy Dobromir ;-)) I widać, że taktyka dopracowana szczegółowo.
Dla mnie bomba! Zapewne spodoba się moim dzieciakom , i małemu i duzemu :))
kupiłam foremki po tej notce :)
zdopingowałaś mnie.
wyciągnę te moje stosy foremek. czas się przynać, że też mam to uzależnienie...
:)
U nas to jeszcze nie koniec:)
a etap robienia własnoręcznych gnieciuchów? :)
u nas się bez tego nie da...
Zagladam do Ciebie od czasu do czasu ale nigdy jeszcze nie zostawilam komentarza. Podoba mi sie sposob w jaki piszesz o swoim Synku :) I nie ma to jak wspolne pieczenie z dzieckiem :)) Ja juz nie moge sie doczekac kiedy moj Synek zacznie pomagac mi w kuchni.
Pozdrawiam cieplo.
Jelly-bean, jedynym gnieciuchem był gruby piernik w kształcie jabłka (kilka postów niżej). Wałkowanie jest lepsze:)
Majko, zapraszam, fajnie, że się ujawniłaś:) Pozdrawiam również:)
Prześlij komentarz
Dziękuję:-)