
i nie ten ekonomiczny, ale przedszkolny.
"Jak było w przedszkolu ? " - pytam codziennie. I dziś słyszę: "Dobrze. Płakałem i chciałem iść do Ciebie". Z tego płaczu dziś usnął w objęciach "swojej" Pani (a nie leżakuje w przedszkolu) i spał 40 minut.
Tak sobie myślę, że kryzys nastał, bo Chłopiec zrozumiał, że to całe przedszkole, to nie doraźna impreza raz w tygodniu, ale rutyna dnia codziennego.
Gdy pytam dlaczego przedszkole mu przestało podobać, to słyszę:
-jest niefajne,
-jest brzydkie,
-wstydzę się dzieci (również niefajnych),
-nie chcę śpiewać na piętrze (!) [również nie chciałam nigdy i nigdzie śpiewać].
A z drugiej strony, z wyraźnym zadowoleniem opowiada jakie nowe słowa zapamiętał ("Posprzątajcie zabawki! Ok., everybody?":)
A jutro w przedszkolu "piżama party". Gdy mu wyjaśniłam co będą robić, to się ucieszył.
Mam nadzieję, że kryzys minie. Wkrótce.
-
Dzisiejszy poranny update:
Przed wyjściem do przedszkola, Chłopiec kilka razy upewniał się czy idziemy do kawiarni:/
Kiedy wręczyłam mu torebkę z piżamą, stwierdził, że może potrzymać, ale w pizzerii odłoży na bok, bo będzie jadł pizzę...
I tak.
I słyszę: "jeszcze nie wychodzimy", "jeszcze się poprzytulamy", "jeszcze zjemy śniadanie".
Niefajnie:(
I po dzisiejszym poranku, dochodzę do wniosku, że to Tata powienien Go zaprowadzać.